Od kiedy przeprowadziłam się na wieś z przyświecającą przeprowadzce myślą na stałe minęło 7 miesięcy z małym haczykiem. Zdążyłam więc przeżyć w tym miejscu schyłek lata, dość łaskawą jesień i nie taką straszną zimę. Właśnie zimą odzywał się we mnie czasem bunt małego mieszczucha, w czasie którego głowiłam się: co ja najlepszego zrobiłam? Bo przecież wieś to prawie koniec świata, nic w niej nie ma, prócz ciszy i spokoju (a i to nie zawsze), są tylko piękne widoki i powietrze, w którym czuć powietrze. Gdzieś mnie ta wieś zimą uwierała i przygniatała, zupełnie jak zimowa szarość nieba, wczesna ciemność popołudniowa i późna jasność poranków, przez które to, czego mi się chciało w zdecydowanej większości było... snem. Zima minęła, przyszedł czas najbardziej przeze mnie wyczekany, z coraz dłuższymi dniami. Znowu swoją wieś uwielbiam!
Pierwszy raz przyjechałam tu w październiku 2009 roku. Lekko senna, ale za to bardzo ciekawa. Przyjechałam z misją. I to jaką! Miałam poznać rodziców swojego chłopaka. Stres miał wielkie oczy, rodzice chłopaka mieli za to oczy bardzo ciepłe i w ogóle byli ciepli dla nowoprzybyłej, czyli dla mnie. Wieś też mi się spodobała, zwłaszcza stawy, las, pałac, park i drewniana kaplica. Pomyślałam nawet, że jeśli miałabym kiedykolwiek wziąć z tym chłopakiem ślub, to tylko w tej kaplicy. Nigdzie indziej, tup!
Wieś mnie zaczarowała kolorami jesieni, a kilka miesięcy później zaczarowała mnie wiosną. I pomyślałam, że mogłabym tu mieszkać...



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz